Malowanie trawy na zielono – czyli kto zwodzi, a kto daje się zwodzić

Malowanie trawy na zielono – czyli kto zwodzi, a kto daje się zwodzić

Kiedy w czasach słusznie minionego systemu do miasta przyjechać miał dostojny gość, miejscowe samorządy dostawały nagłego przyspieszenia. Na gwałt łatano drogi, malowano płoty i naprawiano elewacje domów. Mówi się nawet, że przed budynkami stojącymi przy drodze, którą przejeżdżać miał I sekretarz, sadzono szybko nowe kwiaty, a trawę malowano na zielono. W sklepach pojawiały się również niedostępne dotąd towary, a z ulic znikały wszelkie elementy kłopotliwe (zarówno te żywe, jak i martwe).

 

Okazuje się, że zwyczaj ten wcale nie umarł wraz z transformacją ustrojową. Przetrwał on w świecie wielkiego biznesu. Dziś wielkie „malowanie trawy” to absolutna norma przed każdą wizytą gospodarską zarządu firmy. A czy nie jest tak, że wysokie standardy estetyczne powinny obowiązywać każdego dnia?

 

– Trawa malowana na zielono, obracanie kamyków z prawej na lewą stronę — bo prawa zachlapała się farbą, kiedy na szybko malowano elewację, sadzenie sztucznych drzew — wszystko to przerabiałem — mówi Grzegorz Runowski z Akademii Czystości. – Raz spotkałem się nawet z sytuacją, w której wyznaczono specjalne miejsca na tyłach zakładu dla pracowników, którzy mieli stare samochody i w dniu wizytacji mieli zakaz parkowania na parkingu przy zakładzie!

Bez happy endu

– Podobnymi historiami mógłbym wypełnić cały ten materiał — twierdzi Mateusz Sówka, specjalista ds. logistyki. – Pamiętam firmę, w której szukano w panice czterech osób z komunikatywnym językiem angielskim, by móc rozmieścić ich na trasie oprowadzania gościa ze słonecznej Italii. Albo mój ulubiony przykład, czyli sztuczne tworzenie stanowiska kontroli jakości, na którym sprawdzane były sprawdzone wcześniej produkty, wytworzone w tymże zakładzie. Kontrola wypadła super. Tak było w roku 2013. W 2018 firma zredukowała jednak zatrudnienie oraz powierzchnię o całe 60 %. – mówi nasz rozmówca, by szybko przejść do szczegółów swojej opowieści. Niestety, nie będzie w niej happy endu.

 

– Sześć lat temu pracowałem w międzynarodowej organizacji zajmującej się produkcją podzespołów do samochodów osobowych oraz dostawczych. Oddział, w którym byłem zatrudniony, odpowiadał głównie za produkcję podnośników elektrycznych do pojazdów. Gdy zatrudniłem się w tejże firmie, akurat ruszała produkcja podnośnika dla nowego modelu Fiata Pandy, który miał wyjechać z fabryk w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Niestety, mimo roku pracy specjalnie zebranego zespołu nie udało się usunąć problemu z hałasem wywoływanym przez pracę podnośnika. Jako że do mnie należało szukanie wadliwych egzemplarzy pod kątem dźwięku, czyli ostatni etapu kontroli jakości, gdzie do czynienia mamy z gotowym produktem, to mnie wybrano do przygotowania stanowiska i ludzi, którzy mieli stanowić oficjalną reprezentację naszej pracy w czasie trwania audytu szefostwa z Włoch. Dział jakości przygotował kilka pojemników wypełnionych sprawdzonymi wielokrotnie podnośnikami, tak aby ludzie kontrolujący je przy kliencie i szefostwie z centrali, nie mieli pecha natrafić na błędną sztukę. A mieliby go na pewno, bowiem odrzucałem wtedy co 15 wyprodukowaną sztukę. Jak już mówiłem, kontrola wypadła rewelacyjnie. Niestety pół roku później klient zaczął mieć opóźnienia w produkcji swojego modelu, a wina leżała wyłącznie po stronie naszej fabryki.  W wyniku fatalnych standardów jakości i niskiego standardu prac na poziomie inżynieryjnym nasza firma straciła wkrótce 60 % pracowników oraz tyle samo powierzchni swoich budynków.

 

Historia pana Mateusza to idealny przykład, że działania prowizoryczne nigdy nie sprawdzają się na dłuższą metę.

 

Malowanie trawy__2

 

Uścisk dłoni i mrugnięcie okiem

 

– Nie tylko firmy, ale i urzędy, a nawet szkoły kontrolowane są w różny, niekoniecznie chwalebny, sposób – mówi pan Tomasz, manager w jednej z większych firm z branży logistycznej. – Celem tych audytów jest wykazanie, a w efekcie uchronienie firmy przed szeregiem nieprawidłowości i zaniedbań (również finansowych – przyp. rozm.). Niestety, choć dobrze to brzmi na piśmie, rzeczywistość nie jest tak bajkowa. Albo jest bajkowa aż nadto, gdyż nader często owe kontrole są, posługując się językiem młodych, „fejkowe”. Dochodzi do sytuacji, w których strona kontrolowana i kontrolująca dogadują się, jaka sfera działalności przedsiębiorstwa będzie kontrolowana. W ten sposób managerowie sprawdzanych działów przygotowywani są do odpowiedzi na gotowe pytania. Z drugiej strony, osoby dokonujące audytu działają często w taki sposób, by ich plan był po prostu wykonany – nieważne jak, byleby można odhaczyć zrealizowane zadanie.

 

– Niestety, sprawy idą często dalej – mówi półszeptem pani Magdalena, dyrektor działu rozwoju jednej z większych firm produkcyjnych. – Bywa, że gotowy raport z audytu wręczany jest w dniu podpisania umowy i faktury, z wyjątkowo krótkim terminem płatności. Uścisk dłoni, mrugnięcie okiem i wszyscy szczęśliwi rozchodzą się do domów.

 

– Zdarzało się u nas, że nie tylko trawa była malowana przed Audytem – śmieje się pan Stanisław, pracownik olbrzymiego sklepu z magazynami rozsypanymi po całym świecie. – Raz, kiedy miało do nas przyjechać szefostwo z Ameryki, malowani byli także pracownicy. A jakże! Wszystko po to, byśmy nie wyglądali na nadto umęczonych.

 

– Nie czarujmy się — zarządy chcą wierzyć w to, co widzą i nic z tym nie robią. — konkluduje Krzysztof Różycki, konsultant ds. bezpieczeństwa w AO Justus Sp. z o.o. – Jeśli audytor będzie chciał, to nie da się zwieść „malowanej trawie”. Ale zarządy chcą być zwodzone i godzą się na to — więc proceder kwitnie.

Autor: Adam Bała

Chcesz wiedzieć więcej?

Już dziś zaprenumeruj czasopismo Clean Industry!

Zachęcamy również do reklamy na naszych łamach

Tel.: (+48) 571 245 227

No Comments

Post A Comment